11 marca, niedziela
Jak na złość, wraz z końcem weekendu kończy się również moja choroba. Mama w dalszym ciągu uważa, że powinienem leżeć w łóżku, co jednak wcale nie przeszkodzi jej jutro wykopać mnie z domu o siódmej rano na autobus do szkoły.
Zmęczony ciągłym gapieniem się w telewizor, zadzwoniłem do Krzyśka, w nadziei, że nie wypnie się na najlepszego przyjaciela w potrzebie i wpadnie na moment umilić mi czas jakąś przygłupią konwersacją. Nie od dziś wiadomo jednak czyją matką nadzieja jest.
- Sorry, Filip, ale od wczoraj siedzę u Szatana i pomagam mu przy kilku kawałkach. Ty wiesz, że kontaktowali się z nim ludzie z wytwórni płytowej i chcą, żeby jutro zostawił u nich swoje demo?
- Pfff...wirtuoz się znalazł. Muzykę z komputera każdy kretyn potrafi robić. A jak tylko musi zagrać na prawdziwym instrumencie, to od razu leci do ciebie po pomoc.
- Daj spokój, nie wiesz o czym mówisz.
- Zobaczysz. Koleś jeszcze zarobi na tym niezłą kasę, a ciebie, prawdziwego muzyka, zostawi z niczym. Wspomnisz moje słowa.
- Pożyjemy, zobaczymy. Kuruj się, chłopie, a ja tymczasem muszę kończyć, bo czas nas goni. Trzymaj się.
Chcąc nie chcąc, znów sięgnąłem po pilota i zacząłem się odmóżdżać. Trafiłem na jakiś poranny program ezoteryczny. Wróżka prowadząca zachęcała akurat wszystkie osoby, które czują, że znlazły się w kręgu niemożności, aby wysłały do niej SMSa. Wysłałem. Nie odpisała.